Karina i Adrian chcieli plener, jakiego jeszcze nikt nie miał. Zapytali mnie wprost – gdzie jeszcze nie byłam, a bardzo chciałabym pojechać. Jak to ja, zaproponowałam góry, ale o wschodzie słońca. Pomysł był o tyle szalony, że musieliśmy na sesję wybrać się zaraz w poniedziałek po sobotnim ślubie – który zresztą możecie zobaczyć klikając tutaj. To był zdecydowanie najkrótszy czas realizacji sesji od dnia ślubu. Ale było warto! Wschody słońca mają w sobie coś magicznego. Mimo, że nie zastaliśmy mgły o jakiej myślałam, to klimat tego miejsca okazał się cudowny. W drodze powrotnej postanowiliśmy wybrać się na kilka zdjęć do lasu – kto by pomyślał, że te zdjęcia były robione w Jastrzębiu? :)

Makijaż do sesji przetrwał od sobotniego ślubu. Jestem w szoku, jaką robotę zrobiła ISHI. Makijaż wytrzymał dwa dni, to chyba najlepsza reklama dla makijażystki! :)